marian cycek
1


1
słońce jak przebita nożem pomarańcza i ty kochanie, wielka beczka, a gdzieś kawal boga, na brudnym hajweju wyrodzone korki i świat marzeń pomiędzy nami, zielone światła, zabawa się zaczyna
---
2
białawe pola, zawiedzione zapachem ulice, jeszcze, patrz, dynda lampa na zapleczu i juz dziewczyny kończą pracę, i tam i gdzie indziej karmione papierem zboczonych kierowców i brązowych aniołów.
----
3
rozgrzejmy więc atmosferę pustym seksem i zimną dlonią, powieśmy się na drzewie i patrzmy jak liście dudnią o ubitą duszami ziemię, wezmę karabin i będę strzelał do wróbli zazdrosny o niebo zazdrosny o ciebie...wezmę karabin...
---
4
pociągiem w glowę, tak! ale najpierw szereg i ciężkie buty, pociągiem! krwista ciężarówka, smak błota w kieszeniech, czujemy wzrok boga na plecach, cała kompania, zielone szelki i w ogóle szałna punkcie tych kolorów, pocišgiem w glowe, tak!
---
5
podchodzil powoli, widziałam stwardniała kieszeń jego dżinsów, brutalnie przełamał usta i myslałam, że sięgnš żołądka, niesamowity jezyk, gdyby go tylko użył gdzie indziej...więc wracam, on napiera ja odpieram, a potem już odparowuje kolejne ciosy od tyłu, na boku, płasko, w oknie szerszeń
---
6
no stary, uciekły, po prostu sie wyrwały, a potem ziuuuu pod samochód i tylko patrzyłem jak flaki na chlapaczach..., trzeba było ich nie hodowac, białe obrzydliwie cuchnące cynamonem ciała, i jeszcza ta kałuża wypełniona ich duchem jakby studnia zatopiona w pajęczynach, i rzygi, wszędzie rzygi, nie...nie ich..nasze.
---
7
ssałam jak cukiereczka, usilnie i monotonicznie próbowałam rozedrzeć to małą dziurkę na czubku potem w podniebienie zaczęły uderzać piguły śniegu i jak likier spłynęły do gardła, ja cała czerwona on cały czerwony, zasapany i taki zasmarkany.
---
8
życie jest podłe i mdłe jak sperma cukrzyka, no oczywiście możesz pić słodką kawę i tak ci nie pomoże, podle jak rokraczona teściowa i łupież, może..z łupieżem..fale jak w wojsku i czarne chmurki obrazkowe..
---
9
tak mnie zinwigilowały, że aż ta cała wilgotność rozbiegła się w panice, i ja ubabrany po łokcie szedłem urwać kawałek słońca i księżyca by przyprawić noc, nie mogłem, nie puściły zasiadły niczym do stołu zostawiając tylko kości tam gdzie były oczywiście, stół cynicznie stukał w ścianę i straszył tynk, poddałem się.
---
10
sam się musiałem przedrukować, wyrzucić siebie i zostawić co zostało, słonecznik w altance zaglądał przez ramię kobiecie, a niszczyłem fortepian z dzieciństwa oblepiony gumą do żucia, a pozbywam się tych mebli - ciebie zawsze jasnej i mrocznej w innych mężczyznach, a taniec światła w lustrze i brak ziemi na grób.
---
11
kwiaty sabueja i zapadnięte oczy lalki przede mna, dudnimy sobie pocichu, kolega obok kocha się z kieszeniami, zmieńmy temat bo polan już nie ma a drzewa wycięto.
---
12
wąski korytarz poczekalni, trupy ciem wszędzie na około, światło jednej żarówki niczym dobro ze złem walczy by choć trochę rozjaśnić to miejsce, by dotrzeć jak najdalej, spycham jakiegoś kaszlącego dziadka na podlogę, i tak mu nic nie pomoże, a mnie bolą nogi, bršzowe ściany, brązowe światło, brązowa koszula dziadka, o, idzie siostra, idzie, ciężkie kroki i wielka strzykawka sciśnięta w kucharskich rozmiarów ręce.
---
13
cały czas połykalismy zielone chmury, trochę rozwęglona w obłokach teraz mi się delikatnie opusciła, więc cóż, poszarpałem posciel, przetoczylem trochę krwi z której sączyly się jeszcze resztki wtorkowego orgazmu, zamknąłem lepiej drzwi i zacząłem ruszać po ciemku ustami...
---
14
tak niewiele przedmiotoow, wiec ja je tutaj zastepuje, pobrudzone okno, i filtr z tluszczu ( to pewnie te nie myte wlosy ) co to nie przepuszcza ani jednego usmniechu z sasiedniej ulicy, biale kruki zasadzone pod sufitem wydzieraja resztki miesa z pomiedzy moich zeber piekny widok w te papierowa noc z plastikowym kiczowatym ksiezycem
---
15
powoli trzeba zejsc, usunac sie wglab dajac czas na to by przebaczono, zasunac czarna firanke, roztopic sie nad loozkiem malujac palcem u nogi kolejny krzyz, zapomniec i wytoczyc proces milosci za nie obecnosc w miejscu, za opooznienia w czasie, sprzedac sie i zalezc za wlasna skoore..
---
16
delikatnie nie ploszac samolotoow przechodzimy obok, zamykam jakis jasny oblok i chowam do kieszeni zapalki, i teraz tak trzeba by polozyc sie na tych dmoochawcach, ale smierc lapie za nogi
---
17
duzy stary puzon i w ciemonosciach wszystko przerobione na poezje, kolejny brazowy wieczor, ale jeszcze zadna cma sie nie sciemnila wiec lataja powoli, dziurkuja zachodzacy kalejdoskop barw, wyczuwalny smrood pomiedzy palcami, tam jedynie barwy jakiegos motyla
---
18
i zjedz mnie, gasna wszystkie lampy, wysacz wszystko powoli, przestrzen sie zageszcza i pod naporem wychodzi oknami, bedzie dmuchanie, pytanie : kto pierwszy ? materac, ja, ja materac, nadchodzi, nie jestem pewna, nie jestem otwarta, juz wiele cial lezalo i umieralo a ja teraz przegrywam tusz do rzes,
---
19
coraz wieksza trudnosc z tym krzesaniem, lotnisko mysli z bialymi nietoperzami, jakis owoc lekko nadgnily, i to wszystko zbiera sie tak daleko ze w tym zarzyganym miesjcu nic nie widac, i znowu sie wykolejam palac nie istniejacego papierosa, tworzac z dymu banki mydlane
---
20
jeden po drugim, jak wlacznik swiatla i bialosc, w bezwladzie opadaja rece, oczy milkna, i cieplo na koniuszkach palcow, uda drza, dzwieki obijaja sie o sciany i nogi lozka, jeszcze troche, odwodnienie i sutki jeszcze raz twardnieja, i on nie milczy...
---
21
mozna by przeciez wziac ja i tutaj, czemu nie, troche blota i jezioro smierdzi krowim goownem, ale co tam, laleczka niczego sobie, idz pozabijaj komary a ja sie nia zajme, najpierw zegarek, sen, ciuchy, marzenia, bose stopy, teraz wyplosz zarazki z drzew, juz wracam...
---
22
taka robota, zmywacz w sexshopach, chodzi sie ze scierka i zmywa ludzi, mowie, w zadnym innym miejscu na swiecie nie bywa az tylu ludzi, w formie elementarnej ale zawsze, trzeba scierac wypociny facetoow, ich fanatzje i inne badziewie, a potem mozna isc spac z workiem sadla, mozna, mozna i czytac ksiazki i spiewac
---
23
nastepne zadanie, nastempne dni przezyc, saperka gotowa do przezucania trupiej ziemi, ja gotowy by w z rowami sie kochac w deszczu, dzdzownice wygladaja dzisiaj przepieknie i ten niebieski kostium dowodcy..bzdura..kopac, przezyc, biale smugi kosci i resztki mysli zbieram do chelmu
---
24
jak kurz odkladasz sie na biurku, zapach tluczonego szkla pod nogami, i nie szklanka ale pelna, jak ty zreszta, i kilka haustow wypelnionego moczem powietrza, swiatlo..albo nie brak swiatla calkowita ciemnosc zapadajaca jak kurtyna nad zyciem aktora..i mysli, tak glosne mysli..wszystko w tej samej tanecznej pozie.
---
25
zostal mi w ustach smak komunii, pociagnal sie tylko nieco w strone kwasnosci wiec pluje chodnikowym plytom w twarze, a masz...a masz..i ty...ty tez..one takie spokojne, tyle juz po nich przeszlo, przelecialo, tyle kobiet bez majtek, tylu sikajacych facetoow, i teraz ja, pluje na nie komunia..
---
26
minelo wiele czasu, zrobiono wiele dzieci, a wszyscy nadal jak one, czyste i pieknie naiwne, ale nie o tym przeciez..szosa nam stygnie i zycie ulatuje jak perfumy przydroznej dziwki, a swiatla na skrzyzowaniu az sie gotuja by nas wciagnac, zostawmy wiec troche wilgoci wspolnej w podlozu i uciekajmy stad bo czas splywa martwym potokiem
---
27
pochowany za zycia, zeszpecony szczesliwa miloscia, czy w takiej chwili moge saczyc krople krwi z ciebie, w blasku mijanych lamp i halasie klubow, skryty pod roozowa chumra, zasloniety jesiennym lisciem
---
28
bedzie twardo, jak saperka w beton, naraz szereg i plucie rozkazami, zabic tych co nie rozumieja w ojczystym jezyku, tak jest zawsze, i tak samo poci sie rekojesc, i spust tak gladko zapada w dusze, jedynie muszka zaslania fakt zycia osoby po drugiej stronie, to ty, poznaje...
---
29
nawet nie ma prawa deprymowac, wszystkie ksiazki przechylone na lewo, z jednakowym pokladem wkurzu i ledwie widocznym zarysem uwagi, szklanka rzucona tuz obok jeszcze drzy halasem ktoory wywolala, sciana pochlonela reszte i jak negatyw odbiera zycie turystkom, oblepieni przez spojrzenia dopelniaja sie zataczajac sie w poscieli,
---
30
nawet niepolamany sznur swiatla z latarki, mijamy kolorowe drzewa...tak przynajmniej wygladaja jej wlosy, cisza na polu broczy w ziemi, wiec pospiesznie mozna sie rozbic i zbierac przez reszte nocy stluczone kawalki orgazmu
---
31
kilka wrazen rozpierzchlo sie po siatce sebrnego ogrodzenia i juz nigdy nie wroocilo spowrotem, podobnie jak refleksy swietlne 59 ulicy, tak, tej z jesiennymi lisciami przez caly rok, wspomnienie schodoow jest tu tylko dlatego zeby straszyc, psy ujadaja, drzewa unasza sie, musze kochac by kochac..zywic sie udreka i pytaniami, musze kochac by rowijac nienawisc do tego co nie prawdziwe, oto odpowiedzu na pytania..
---
32
szedl wyprostowany jak poranny czlonek, tak samo czujny i niecierpliwy, tak samo plujacy na rozne strony nerwowo, i oczywiscie szla ona, bez ich nie mozna sie obejsc, zawsze sa w tych historiach jak ty w mojej, ale..on..szedl..i ona..szli rownoczesnie, pewnie stworzeni dla siebie pewnie z happyendem gratis, z ta jednak tylko roozniaca, ze piekni nie byli, no i nie napislalem ze bylo to na tej samej ulicy, jaka szkoda.
---
33
oh no oczywiscie mozna sie tak i rozmnazac, ale po co, wiecej konkuretow do nasienia meza, mozna zapalac lampy i gasic pragnienie, mozna ssac kwiaty i spijac wlosy tesciowej, hodowac zoolte konie i doic laciate matki, a niebo dzis znowu upadlo gdzies kolo afryki
---
34
kolejna impresja dzisiejszego dnia mimo zamieci mysli i sokoow z marzen tropikalnych ( te piekne kobiety na pudelkach od papierosoow) i to wszytko tak trzesie chmurami, ze az plyna nie wzruszone zrecznie mijajac gniew wszelki a ja je tylko wymyslam i jem zupe mleczna.
---
35
konkretnie mysl kapnela, nacisnela kilka klawiszy, konkretnie slina kapie z jej otwartego pyska, zolnierze okrazaja moj umysl, silna siatka szpiegowska wyjmuje twoje obrazy, oprawia w ramy i wklada do szuflady, konkretnie pewnie moge cos powiedziec o milosci, konkretnie sooka chce wyjsc na spacer
---
36
i scisk wokool gardla a slonce spokojne, rajstopy je zabijaja, ulica czyni swoje, porusza nami, marionetki ubrane w zoolte taksoowki i sciagajace zielone swiatla niczym monety targane przez stare babcie ze swiezym jeszcze troche cuchnacym reumatyzmem, zaciagamy sie soba...
---
37
dzisiaj, lampy mijane jak wierzby, mozna lapac za wicie i dmuchac to wszystko, dzisiaj, wymienilem sie ziarnkami piasku i licze od poczatku dziubiac w spalonej skorze, nie watpliwie dalem duszy sloncu.
---
38
czarny ladnie zaprasowany korytarz, dzwieki biegaja swobodnie az napotykaja slady, zagnile kosci, schody pod koniec, zarowka zoolta tak sie zdaje, odmalowana dzis jak na bal, nasze wyobrazenia stoja na koncu, w zamknietej ulicy, bez skretu mysli.
---
39
jest wielu zdolnych chlopakoow co tu duzo moowic, ale sa i inni tamci po prostu maja dlugie penisy to mi wystarcza i gimnastyka staje sie zbedna, jednak sa tez mali chlopcy, dziewice jak to sie czasem moowi, pokryte mala skorupka kurzu, niebieskie oczy, ladnie pachna, nie sa tak wstretnie obrosnieci chamskim konskim wlosiem, oni sa zawsze najlepsi.
---
40
ach no jest i tak, czasem zjemy kota, przeciez kot tez...i zalewamy sie tym co nam wczesniej naplakal tak, lzami swoimi jego, zubrovka jest zaborniona w stanach, zielone pociagi, widzialem jeden na stacji, corka z matka na lawce posrod zawieji odoru, tanie fragrance z krokoow prostytutek, liscie pod nogami jako staly element wywiadu drzew, male brazowe czulenka.
---
41
znow stajemy sie wulgarni w tym loozku, cios ciszy, cios ciszy za radosc szeptu, dyszy tylko parooz, niby; z przeciwnego okna splywa wzrok, nie, nie upior zjedzonego kota, a moze..juz prawie mozna zgwalcic sufit, sufit, w srodku sciany, tak.
---
42
kto to jest, siostra ciemna, czarne dlugie kluchy wlosow, zapomniala o czym mysli, tanczy tez, akurat wysuwa reke, daje w pysk, ma cztery kolczyki w lewym uchu, cztery konczyny tez, nie ma sciezek, nie istnieje droga mleczna, jest tylko bryza krwia zabarwiona.
---
43
zaczeli polewac, bron caly czas w reku, gotowa, czarna, pewnie i smiertelna choc jak narazie jedynie ciezka niepotrzebnie, na wypadek..wiec posikuja, skapujemy na inny dach, inny swiat, zielono w swietle noktowizoroow muchy lataja.
---
44
postawie cie w lepszej sytuacji powiedzial do siebie wpatrzony w czlonka, muszla pokryla sie juz para i mile laskotala podniebienie, wzial wiec maszynke i przycial wlosy szafka, iskierki bolu powedrowaly tam, siam, lustro mignelo chlodem, zabulgotalo, piorko prawie sie unioslo, ale nie, znany motyw, zagramy w muszli.
---
45
zapytany o siebie kieruje rece kazda w inna strone, zapytany o ciebie krzywa mina zdjeta z plasterka cytryny, mieszanka jakiegos wrodzonego leku przed biciem i wydatnymi ustami, zapytany przez ciebie pewnie smialbym sie rytmicznie uderzajac glowa w przemioty od niej twardsze, gdybys byla, jednak.
---
46
zabijam rosa, jak blisko podejdzie i pokarze piersi, juz nie pierszy i nie ostatni krok, kryjemy pajaki, wszystko objete w pajeczyne, stukot trawy, mlode rosliny tancza, nie nie maja przeciez nog, glupcy uspieni przenosniami, z oklaplymi skrzydlami, pokarz te chrzanione piersi.
---
47
nawet nie proobuj sie czegokolwiek dowiedziec, ma byc pieknie beda skopane anioly, pola, truskawkowe a jakze, i ksiaze, i ptaki, tak mnostwo ptakow z ludzkimi twarzami, tak rozkablowani nadal razem sluchamy deszczu, a widzisz? - poli
---
48
takie sinojakies sny, obleczeni kokonem rozmowy... po kolana w blocie niespelnionych obietnic..zle zadanych pytan, zolte bagnety, czerwona krew, zolte bagnety, czerwona krew, nie ta ziemia mnie karmila, nie pod tym niebiem latam..
---
49
skubie pestki slonecznika, czekam az wystapi spooznione slonce, dopijam gorzka kawe i skacze w dol, przybijam sie do chodnika, o to ty kochanie, i nie zapominam rozpiac spodni, sypie sie ten slonecznik z kieszeni, tak jak uczucie z ciebie, kiedy kopiac depczesz ostatnie kolorowe pinezki
---
50
niewiem czy bylo cicho, jechalem, zachodzil manhattan, pewnie wiele kobiet, i slonce, empire w pelnej erekcji, takiej jeszcze nie bylo, dmuchal i dziurwil niebo, ktos musial sie zsikac, bo wszedzie bylo zoolto i pomaramczowo, wiezowce splaszczyly sie do dwooch wymiarow, jak czarna nalepka na otoczonej barwami scianie, jedynie chmury z zycia, i ja...
---
51
na grad..pola zolte..pola niebieskie..kolory jedynie czerwone i ciekle..rzucac..odwiniete juz namioty..strach plynie wydrozonym korytem..jeszcze..szykuj..to byl piorun..bron..grad..do..mijane okopy jak krzyze..boju..nic..nic..cel..leze..
---
52
rozpiela koszule, wiedzial ze uwielbia jego wlosy, kochajac sie nie przyklejali sie do siebie tulowiami, rozpiela spodnie wiedzial ze uwielbiala jak byl krzywy, pocieral wszystko i cudownie, zlowili kiedys na niego ksiezyc...on rozpiol jej nogi, pocieral i sie nie przyklejal tak zastali pienie miejskigo policyjnego koguta.
---
53
a czarne wlosy, a te czarne wlosy ty pamietasz, pamietasz jak nimi rzucala, wtedy na trawie, roztawila krasnoludki, ciachnela sie, i wybuch tych wlosow o malo co nas nie zabil, napierw czarne, a potem laly sie totalnie, ciurkiem ze wszad, czerwone, ciemno czerwone, niezdarzylismy zatamowac, odleciala.
---
54
czujesz ze zyjesz, zatechle ubrania, smrood wierszy i zagnilych metafor, niby lezysz na dachu a juz dachoowki nie moowia do ciebie, slonce jest milsze, wie ze zasypiasz i wkrootce cie pochlonie zarloczne, 'jestem tylko dla ciebie', czytasz z budynkoow lisciastych
---
55
nawet nie trzeba podnosic skroni, podliczac chwil i momentoow, czuc doope jedynie na brazowym kawiarnianym stolku, wysysac oczy kobietom, wysysac fakture z tego calego stolka, znowu kobiety, kieliszki, kieliszek kobiet, kobieta bez majtek, gosc cos belkocze, barmani zwykle nie sluchaja, nie rozumieja w tym jezyku, trzymac wzrok walczyc nim i zasnac
---
56
wszyscy spia, sperma opici, rozlozone nogi, ubrania tylko katoow pilnuja, juz po zabawie, wszystko opadlo, nawet slonce, czlonek Edka i jego kolegow, glowy ich panienek, a bylo bylo, zalowac jedynie trzeba ze teraz dopiero kamera obejmuje tych wszystkich nagich placzliwie ludzi zmeczonych, wypracowanych, i co tu ukrywac wypoconych
---
57
nie budzcie nikogo, stapamy po nierownym terenie goownianej nadziei, nie budzcie nikogo, pierwsze wymazania, ostatnie leki, i pytam siebie 'gdzie jestes' a glos wywyja fikolka, wraca zamyka sie, robi uklon i smieje sie szyderczo, kazda galaz drzewa ktoora akurat teraz jest na ziemi wydaje jek, jakby chcialy nas zdradzic, jakby nasze buty nie dostatecznie je piescily
--- 58 jakies miejsce, las, zielona trawa, dalej obserwujemy zwierzatka, on ma owlasiona klate, ona tez cos ale to nie wlosy, pojekuje lekko az sie ta zielona trawa wstydzi, on sapie nie jak dzik, jak kroolik, szybko, krootko, dzieciol przelecial, jej to sie podoba sciska go bardziej, nogi trzyma wyzej, ziemia oczekuje nasienia, drzewa zaslaniaja sie galeziami, a tylek tylko mu sie zaciska i odpuszcza, taka to polska puszcza. --- 59 nie napisalismy nawet jednego wiersza, wszystkie usta wykrzywiaja te same slowa, pokooj pelen masek obdartych ze skoory zeszytow, znow slonce nie to samo i sobota tak szybko nie przychodzi, taksoowka krazy a autobusy stawiaja pierwsze przystanki --- 60 gdziekolwiek, niech bedzie las, to drzewo, tamta chmura, cokolwiek...nie musi byc miekko, przyjemnie i delikatnie..moze koktajl, moze dwa..zabijemy te motyle a ty wyssasz z nich kolor na zycie...prawda obieg zamkniety...nie po to sie rozbieralem..niech bedzie ta ..moze mysl..roozowa --- 61 nie bywa oczywiscie tak do konca wesolo, na przyklad w tych zaulkach z zawsze swiezym moczem, gdzie slonce wczesniej zachodzi i nie zawsze wstaje, grzechy, zageszczenie grzechow jest tak ogromne ze mozna zauwazyc ksztalty, pozory, uslyszec dzwieki i czasem samemu wylowic przechodnia, pozrec go piesciami, skulic glowe, pokornie kleknac, zaczekac az przebaczy i wtopic sie w szary tlum... --- 62 przychodza jedni, mijaja kolory, w takich chwilach wszystko co ladne rodzi sie, wiec zdepczemy te piekne slowa, nie nazwiemy wiec milosci, i bedziemy sie pieprzyc po ciemku, w trojke z koldra, mijaja i sa mijani, szarzy, z paszportami, chodniki ich rejestruja, moj wzrok tylko zabija, a pioro nienawidzi. --- 63 wroocila, zdradzmy koniec historii, jest wroocila, a wczesniej niepelnosprawne dzieci otaczaly ja soba, gramolily sie po glowie, ona mimo ze pamietala dobrze wszystkie mamine opowiesci potworne, ktoore snute wieczorami teraz ubraly sie w materie i kraza nad swiatlem, w tej chwili juz nie jedno i nie dwoje, gwiazdy spadaja, szalone, niepowstrzymane, krojace niecierpliwe niebo, ale wroocila, jest i zdradza. --- 64 ja jestem bitowy chlopak, ty sieciowa dziewczyna, tak slicznie rokladasz tu nogi...ja wale mysz, ty rozdrabniasz sie na zero i jedynki by mooc do mnie dotrzec, ja patrze, ty pozwalasz, ja sciagam i dochodze a ty moowisz : total free membership, join us now ! --- 65 psiakrew te cholerne guziki, nie mogla miec zamka?!? guziki, guziki, chyba zaraz sie na nie spuszcze, trzepoczemy zabawnie, nerwowo, wsiekle, az atmosfera sie zageszcza wokool i jest mi jeszcze trudniej, wiec przez nieuwage, pewnie, zachaczylem, mam nos w jej szyi, pachnie ladnie, troche mokra, rece caly czas onanizuja te guziki, konsternacja, jak burza, potem cisza, ciiiiisza...palimy --- 66 juz opuszczony, przegrane wschody i zachody, zabite slowa i brak tych co kochaja, jedynie powietrze nasycone brakiem, czesci wymiene do jakiegos rozbitego wazonu i patyk z lisciem zielonym do bicia sie po glowie, --- 67 no nie nie wiatr, ale w oczy, w oczy z cala pewnoscia, siebie a jakze, ty, oni, tamte wieczory co lawki byly zbyt mokre i musielismy pieprzyc sie na ziemi i od tego masz hemoroidy, nie bylo motyli --- 68 bija sie tu, ja poza, poza jak ja, wykrecone galezie, nadchodzi jesien, i nie bedzie juz wiosny pooki tu stoje, pamietaj, koniec z dmuchaniem zab, i zakladaniem majtek przez glowe, koniec, nadchodzi jesien --- 69 nie musiala przychodzic z corka, ale dla corki tez sa liscie na podworku a ja mam dosc dlugi jezyk a spudniczke kusa jak na ten ciemny pokoj, wiec podeszly, prezne, jedrne moze jeszcze jadowite, pewnie od srodka, chemicznego, nie zapalajmy swiatla, wasza wilgoc razi tutejsze posladki, a rano same weze. --- 70 jedna z tych nocy, przychodzi wilgotny, sciany wydzielaja pot, ksiezyca nie ma by moogl zrobic jakas mine, chmury znieruchomialy za to, ach..no i wilgotny, prosto z pracy, kopania w ziemi a podloga juz reaguje pod nim, lozko ucieka na druga strone --- 71 nie te lawki i usmiech nie przypomina, rzucalem kiedys kamieniami w okna tych zawinietych do srodka babc, a teraz...slinie wycieraczke, i odchodze za kazdym sasiadem, zostawiam odciski oddechow na klamce --- 72 moze chore moze nie, ale do wkladania na pewno sie nadaje, trzeba przewrocic na bok, pocalowac w czolo dla lepszego snu, rozchylic wargi i szalec z zona gdy ona smacznie spi, smacznie coz za trafne slowo z lodem miedzy jej nogami, i jej myslami calujacymi moje piety, jakaz przerazjaca zabawa, przerazajaca ! jakie trafne slowo gdy zauwazam pytajacy wzrok dziecka w drzwiach --- 73 na roznych drogach, ciagle ten sam, zawsze pachnacy ryba, w ciasnych w kroku dzinsach, idzie depczac kurz i dziurawiac przydrozne mysli, nie idzie sam, w zasadzie nikt nie idzie, wszyscy jezdza i mijaja, trzymaja kciuki za faceta w obcislych w kroku dzinsach, by wreszcie znalazl czego szuka, i przestal deptac ich kurz i dziurawic mysli, a on idzie, obcierajac genitalia, szukajac drogi, ktora mooglby dojsc, zmienic spodnie, zapasc sie. --- 74 jak ciasteczko z kremem troche rozpackane, tyle mozgu na asfalcie, mozgu calej rodziny, ktory wrescie w magicznych okolicznosciach sie polaczyl, a wczesniej odrobine jechala rodzina na lody, nieczego nie przeczuwajac zula rodzina rownomiernie gume i kwilila radosnie do siebie, mozg w czterech glowach spokojnie pracowal, i tylko trzask, i chryste panie, i tylko bum, nic juz nie ma tylko lyzeczka zbierajaca moozg i niebieski pan na jej drugim koncu --- 75 nic na serio, przyszedl aniol, zesral sie i uciekl, nawet nie poruszal skrzydlami, wiec leze tak i cuchne toba, i swiatlem, i ta szminka z wczoraj, i juz nic, zamykam oczy --- 76 zmywamy tylko po sobie naczynia, czyscimy wycieraczki cierpliwie znoszace nasz ciezar, oddajemy slupy miastu, chodniki na ktoorych sie kochalismy, nie bedzie mnie w tym miescie, nie naleze juz do ciebie, zmywam naczynia, uatam serce i gasze nasza lampe... --- 77 i tak kopali, cala trojca, prosto w dupe, kazdemu, taki obraz niebieski w jej pokoju, wszyscy kopia, juz wiem dlaczego moj pies kiedykolwiek ja zobaczyl zachaczal sie o porecz stolu i obscenicznie onanizowal, nic zboczonego, tak mowi, tylko zle sciezki i mocno kopia --- 78 na zakonczenie, ostani wiec raz opuszczam ci spodnie, wciagam powietrze nabrzmiale fizycznoscia, nabrzmiale loozko, obok, tym razem dywan polknie wszystko i nie wypusci juz nic, ostatni raz zanim udusze cie powolnymi krokami, i brzekiem zlowieszczym kluczy uwieszonych, umeczonych toba --- 79 teraz liczymy tylko butelki gdy lata za szybko mijaja by zwroocic uwage, bijemy miesioce by ginely mysli zatopieni w belkocie wodczanym, nie pamietamy, nie pamietamy ciebie, ciebie co weszlas zabralas i poszlas daleko, pije, ja jom a ona mi sie daje, tyle tylko --- 80 nie wstane ale wierz mi nadal potrafie siekac, lamac to zazdrosne powietrze i sciagac ponure chmury z nad ciebie, jednak musisz byc, leciec i trwac tu obok, jednak chleb z maslem, sypialnia z lustrami, sens czai sie... --- 81 ropraszam sie pomiedzy, tak dla rozluznienia atmosfery, rozluzniamy sie, rozluzniamy ubrania, dym z okien, dym z nas, odciski, dywan, szklo, sciana, budzik na 6:30, zdjecie siostry jak kapie sie nago w basenie, brak zdjecia zony, orgazm, szalik zwisa z szafy, kot czasem nas przebiegnie --- 82 umiem artykulowac jedynie pierwsze sylaby zwyklych wyrazoow, do ciebie, zalatuje odlamkami, ktos mnie zbiera pokawalku na szarobrunatnej ulicy jakiegos miasta o nazwie jakze precyzyjnie podanej w czasie podawania prognozy pogody, wiec rozrzucony pobokoch, w oblokach, zmywany rynsztokiem jak niegodotowany czajnik rozpiepszony, licze sie elementami, gdzie tu ty, wlasnie, jakze. --- 83 embrionalnie, tak sie usmiecham, tak przejechaly samochody, i tak lano po ryju, embrionalnie, mysle ze takie sa koleje, jesli nie pkp, zdejmij sie i rozbierz, ale ubrania niech leza kolo mnie, niech paruja tu zeszlotygodniowym obfitym okresem --- 84 dachy juz smialy sie od rana, szla i wolnym krokiem oraz waskim obcasem piescila chodnikowe plyty, i tak samo hydrant sie spuscil niechcacy na droge, i pasy zagladajac pod spoodnice z zazenowania nakryly sie koldra asafaltu, i silnik tego, wlasnie tego samochodu ( dostrzezony blysnal w sloncu ) wszedl na wyzsze obroty, zaczal sapac i opluwac sie, podobnie jak kierowca, i nie zauwazyli, a moze wlasnie za bardzo, bo dlugie nogi z asfaltu zeskrobywano dlugo ponad ludzka miare czasu. --- 85 ciche stapanie slow na czole, z kazda kartka jasniejsza wylania sie postac i rozpala juz wiekszy ogien w kominku, posilki przestaly istniec, jedynie ich slad tutaj przypomina o ludzkim zyciu, kroki wylaniaja sie z ginacych ciemnosci, jasne wlosy opadaja na wszystkie przedmioty w pokoju, niepokoi jedynie dialog szyb i drzew pozbawionych lisci --- 86 kawalki miesa, na piersze uderzenie fali w membrane dzwiek pocztowy, stemplowanie, potem tasak dzieli, potem juz tasak i nie bialy do konca fartuch, zachodzi chlod, drzwi to narzedzie pracy calego budynku, prostytutki, niebieska lada i piekna pani przy kasie, odczytujemy ze przezyla wczoraj dwa nastepujace po sobie intensywne orgazmy, dzis jedynie kawal miesa. --- 87 znow te same pola, i podobne fronty ubite duszami, ubrane w luski z naszej broni, niebo wydaje sie byc niebieskie, chelm jednak przeslania kolor i dyskoteka...zlosci sie podloze, trzesie dom motyli i ludzi, jest obok, mnie, byl..zostal kawalek, czesc, znalem jego zone i karcilem dziecko, jedynie czesc..od pasa w dol.. --- 88 wypadaloby, wypadaloby i wypadlo, lecialo nawet dlugo az sie rozplaskaczylo, pochlonal wszystko nieszczesliwy asfalt znow zdradzany przez zone; moze i byl powod, historia ma zakonczenie, patrz jak krew slicznie wedruje poprzez wglebienia, wiatr owial przyjemnie, wczesniej plaszcz wlasciciela zaskowyczal ostatni raz do ksiezyca, na jego pelnej gembie nie pokazal sie nawet fragment czlowieka; okna caly czas tak samo otwarte.
---
89
slonce juz gwalcilo horyzont, cisza na planie, w malenkich oknach pogasly swiatla a mezowie wkladali spiacym zonom, kruk usiadl na dachu i wiedzial juz co sie swieci, to ona go rozbierala, on przymykal oczy, to ona sie rozbierala, on patrzyl uwaznie, uwaznie tez i powoli krew wypelnila gotowego kootasa, kroki, wedrujacy niczym pies snop swiatla ukazal gola dupe, witam, policja.
---
90
byly noze, garnki, talerze, sztuce, mozna sie bylo tylko chowac za barem, z hukiem(wcale go nie slyszalem) wszystko to cielo powietrze na kawalki ktore potem na mnie spadaly, jej wsciekla twarz, wypluwala namaszczone oblegami slowa, w szlafroku, przykladajac glowe do podlogi i wysuwajac ja lisio, widzialem jej noge i kawalek posladka, wstal, wstalem, ruszylem, tylko sie otworzyla a ja myslalem juz o spuszczeniu glowy, sie, na loozko, zaplotla sie wokolo i zalopotala udami, potem zrobila kanapke.
---
91
dzisiaj plaza i ladne widoki, niebo w koncu upadlo tak ladnie proszone i terkot uderzenia laskotal nas w stopy, nie bylo chmur, jakos nie podzialy sie gdziekolwiek, jutro maja nadejsc, ale nie na mnie, wyprzedzalem i bylem wyprzedzany, wolalem to drugie, a kostium ladnie ukladal sie na pupie, a pupa lekko z kostiumu wychodzila..i tylko nagle zderzenie z mewim odchodem przerwalo.
---
92
i oczy sie odwraca, i tak patrzec sie chce gdy ojciec zdejmuje jednak te sukienke, bywaly gorsze powiesci ludowe, jeszcze gdy zdejmowal z niej, o takie historie ogladaja mole, o takie historie czytane sa przez korniki, wzroki jak opetane lataja nad sufitem
---
93
sluchaj, szlismy parkiem, korony az lapaly nas za karki, jedyna sciezka, jedyne wyjscie daleko i szaro, koniec butelki wystawionej do swiatla, wiec jedyne co bylo...z tych sakramencko ustawionych jak zasranne golebie krzakoow, wyszly takie dwie, nie, nie mialy nic wielkiego, jakies b, moze jedna miala c, lezelismy tylko i marzylismy by doszly szybciej od nas bo jeslibysmy obrzucili je naszym prywatnym pekinem zabilyby, mowie, zabilyby
---
94
cienkwe takie nastroje co to nagie kobiety widziane przez okno juz sie zestarzaly, i zamiast jedrnie wygladac obwisa, wiec taka sama reakcja z mojej strony, nastroje roowniez nudnawe, skonczyly sie wojny miedzy muchami i cwierkajace kaskady poszly spac do pulchnej ziemi, a z nieba tylko zar przeszlych oddechow i jakies litery z martwych juz rozmoow, tyle zostalo.
---
95
zlamalismy juz kilka kolejnych wiazek swiatla, i tak oddycham tym miastem, i tak tlum przechodniow jest tym co laskocze mnie w zylach, a szarosc dnia pokarmem, a ty swiatem, dokoola, patrz, wszystkie ptaki juz zdechnac musialy by bylo tu dla ciebie miejsce.
---
96
zlapali go, chyba juz po raz kolejny, znow stal tak samo zaskoczony, na twarzy wykute zdziwienie zmieszane z zalem jakby nieziemskiego rodzaju, caly oswietlony byl przez swiatla ktoore nic nie moowily, i on nic nie moowil, opadly ramiona, oczy, zlapany, po raz kolejny za zrywanie gwiazd, tak.
---
97
nuty tej historii, oh jakze zasmarkane, oh jakze pada i nic nie podnosi sie z ziemi bez uzycia rak, tak..zyjemy w swiecie zooltych bzdzidel co sacza muzyke na przekoor, na lewo, tak, ilu znowu zamoczylo sie, ilu niezlapalo tych dzwiekoow troche z odciskami starczego ucha, mozna pytac a odpowiedzi...a odpowiedzi...a odpowiedzi...a odpowiedzi..
---
98
i nikt ani nic sie nie pojawilo, kompletny niebyt, taki ze nie ma o czym pisac, a jednak litery plyna..z jakiegos zakamarka, z jakiejs odwroconej czarnej dziury, Ktos wypelnia ideami ten wszechswiat innymi bedac znudzony, powolutku przywiazuje sznureczki lalkom
---
99
bez smaku, bez smaku krok, do przodu i ten twoj, w miescie nie przestal padac deszcz i szare biurowce powoli znikaja z krajobrazu, zamiast nich wychodza trupy marzen i wraki jakichs oblokoow.
---
100
jestem nawet caly mokry, obslinilo niebo i nie chce sie oddac cale, czasem tu i tam atmosfera klootni wiesza siekiere nad plecami, zakladam lepsza kurtke, i chowam puste dlonie do kieszeni, ulica dziwnie nie przyjazna szyderczo wciaga dalej.
---
101
miala spalona wulgaryzmami twarz, zeby jasne, bardzo mocno sciskala szczoteczke i perwersyjnie wyciskala paste, dodac jeszcze wlosy pokrecone jak te na moich nogach ale stanowczo dluzsze, inne fakty sie zabraniaja, wiec tak nie zwracala uwagi ani na siebie, ani na jablka co rosly spontanicznie w babci ogroodku, myslala: moze kiedys urodze dziecko jakiemus bogaczowi....
---
102
poczochral sie po brodzie, okno jednak nadal ukazywalo ulice, a przedmioty w pokoju niepokojaca milczaly, podrapal sie raz jeszcze i rzucil tym czujniejszym okiem w drzwi, jak to ? nie przyszli ? zdawal pytac sie swa zadziwiona dusze, czekal reakcji, powtarzal czynnosci jakis jeszcze czas, po czym nagle podloga podskoczyla mu do brody a on sam musial juz lezec, i moowil Bog : a prosilem bys nie grzebal w brodzie, a prosilem, a teraz znow anioloow zsylac musze by ci doope rozepchali.
---
103
nawet szelest, ale to byl huk, fale najpierw przebiegly przez ubrania ktoore jezac sie ostrzegly nas, tylko przytul, przytul sie mocniej, mocniej wloz ten swoj cholerny jezyk i nie mow juz nic, juz cisza, i swiat nie glosi idei, patrz huk rozbil lune miasta i migoczace zabki opadaja na nagich ludzi, i coz... potem zamikli smieszni ludkowie, tak, bysmy mogli szelesztem zabic owady, i tylko przytul sie.
---
104
pociagi elastycznie sie mijaja, zycie plycie w takt potrzasania waganomi, a nas tu nie ma, zaszyci sami jako krawcy z plotna dworcowego, nawet nie czuc smrodu, chyba ze sie kochamy, po prostu fizyczny orgazm stworzony jest dla osob czystych fizycznie, my jedynie zachowujemy czystosc mysli, polewajac je co chwila czysta butleka z czystym plynem
---
105
pierwsza brygada anioloow nadawala sie do zadania, codzienne badania czystosci roozowych tyleczkow i cotygodniowe lewatywy daly swoje i oto male aniolki jedynie ze wzgledu na nazwe nie staly sie diabelkami a to przez nadmiar energi, totez naczelny dowoodca zjednoczonej kompani zrzucania chmur precyzyjnych wyslal swa druzyne celem zakrycia manhattanu wlasnie chmurami. Slonce niby bylo ale tylko przez chwile, czesc kompani wystawila tylki odbijajace promienie spowrotem, reszta kicha, i tak oto pada.
---
106
na odwyk od tych cykad, co tam pornografie totalna w tej zielono sraczkowatej ( przez psie siki) trawie odstawiaja, na odwyk od otwartego okna i powiewu swiezego seksu sasiadoow z dolu, trzeba sie odzwyczajac zlapac kurczowo i odkleic wzrok, zalepic szczeliny, pozbyc sie skoory, na odwyk od tego chrzanionego miejsca.
---
107
ssali ze mnie te poezje ile tylko mogli, swiat przestal ukazywac barwe czerwona, kly siedzialy glemboko i hojnie rozrzucaly orgazmy, lezalem, pewnie jakas ulica, zimny dotyk metalowego kosza na smieci, bylo gdzies rozbite okno, czulem to miedzy lopatkami, oczy otworzyly sie szerzej, powoli ssalem powietrze, powoli ssali mi krew, zyly dostaly erekcji, i nagle szybko odeszly czarne plaszcze krokoow, nieuwierzony pozostalem wstydzic sie przed golym niebem...
---
108
nie bylo jeszcze tak, zeby nic nie bylo, a wiec wylazlo, poslizlo sie troche po stole, poczolgalo po krzesle na dol, tam wiele zobaczylo, zjadlo, moze ciut nabroodzilo, a wogoole to zielone to bylo, poczytalo pajeczyne, wyssalo zapachy ze skarpetek, i chodzilo, i tak sie to skonczylo ze wieksze sie pojawilo i male zielone zdeptalo, sil straczylo by tylko z podeszwy sens zycia nedznego odczytac...
---
109
ryby nagle przestaly oddychac, rychlo uderzylo w ziemie milczenie, wszyscy, nikt, spojrzeli po sobie, swiatla nie bylo tyle by wykarmic wszystkich, ladowali tylko pieniadze do kieszeni, obraz-ulica, kiedy otwieraja sie drzwi i zaczynaja wybiegac ludzie kamera cicho przechyla sie w lewo, bezlitosnie depcza kaluze, padaja pierwsze krople deszczu, pierwsze strzaly i po nich pierwsi ludzie, niebo nie wykrzywia sie funeralnie, a swierszcze nie wiadomo czemu nie graja marsza, wszedzie spokooj...gdzies zaszelescilo zepsute radio...
---
110
wybacz kochanie, ale jestes tylko spiochem w moim oku, codziennie w nie wpadajacym i codziennie wymywanym woda kranowa, wybacz kochanie, moze nawet lubie swoje spiochy, ale zaslaniaja mi swiat, swit, i inne meskie sprawy, wybacz kochanie, ale musze sie z ciebie oczyscic, taka karma, taki los, nie przeze mnie pisany...
---
111
przeroozne noole sie czaja, wyskakuja, bezlitosnie odzieraja z pruderii, male szare zwierzaki przygladaja sie widowisku, drzewa wziely glemboki oddech i wstrzymaly czas, zaprzestali sie w tancu, i co i co i co, pytaja, brudna ziemia oddaje poklon i zostawia swe slady, nie bylo lepiej, nie bedzie gorzej, ksiezyc przykrywa sie chmurami, arena rozpalona cialami, a noole dalej i dalej coraz mocniej, jedynie wlosy tancza niewinnie o tej porze. - nooli
---
112
powstalo, nie za wiele, letnie kapcie roozowe o delikatnym smaku twardej od zielonej farby trawy, letnie spoodnice zawsze za krootkie, zawsze na krazenie krwi, nasienie w poscieli to juz chyba standard jedyna nowosc ze posciel babci i dziadka ( bedzie im sie lepiej spalo), wspomnienia...tak..jakies okruchy...drobiazgi liter i odciski slonca na twarzy..tyle pozostalo, lato odlecialo...
---
113
odwiedzilismy miejsce, switem gdy swiatlo jeszcze nie zaczelo rzadic swiatem, wykolejone mysli, szare zwykle bardzo metalowe mosty, wraki, szerokie niskie drogi, i duzo duzo blota, nie puszczalas reki, ale reszta sie puszczala, jako cialo, wiec nie bylo wyboru, moglem jeszcze raz ostatni sprofanowac niebo niepieskie, potem lufa wyplula ze swych czelusci wolnosc, cialo rzucone zostalo na kupe
---
114
na zewnatrz niby zyw, ale wnetrze wypelnione piachem, wydawaloby sie pustynnym ale nie...nie...to chyba lzy, wyschniete, rokruszone, spopielone, nic nie pozostalo, tylko zlamac kawalek powietrza i podciac sobie mysli oraz marzenia..
---
115
resztki zapachoow turlaly sie po werandzie, pogasly wszystkie dzienne melodnie i zebrana orkiestra wprowadzila sie w nocny nastrooj, pamietasz ten czerwony krzak ? co wlasnie za nim..obok niego, tamta lampa...liscie przysunely sie blizej jak chcac otulic scene pierwszym oddechem jesieni...pamietasz lustro? nas, siebie, nago, w powietrzu, tuz pod niebem..., i nie pojawila sie rzadna odpowiedz, drzewo przytakujaco kiwnelo i ucieklo cicho do lasu wysoko podnoszac kolana....
---
116
nie martw sie, ciagle wiem kim jestes, ciagle odrywam kawalki skoory majac przed oczyma widok twoich rokraczonych oczat, codziennie proobuje sie modlic, wznosze naboznie glowe, opadam poboznie kolana, jedwabnie klade na ziemi, lacze dlonie i staram sie moowic, cooz ze seplenie, coz ze nie slyszysz....
---
117
przychodza pory dniami obslinione, przepuscilem sloneczniki, i widzialem na drodze martwego psa i kota, o pol-ksiezycach bajki chodza, podobno jesli ktos bardzo chce usmiechaja sie, usmiechaja sie wesole, kilka karuzel, moze i brak wielkiego chlania, na spacerze nie jest tak samo cieplo jesli rece sa daleko od kieszeni, jesli serce kieszeni nie ma wcale, kiedy mijaja sie pociagi nawet sie nie witaja...
---
118
milali tory, bylo ciemno i widocznosc tonela w gestwinie ciemnego powietrza wiec nie mozna byc pewnym czy szli pod reke, dalej piescil sie las, nie oddali sie mu jednak tylko szli wzdluz owego torowiska myslac ze jest to dobra przyprawa do rozmoow o dalszym zyciu, ona miala dlugie wlosy on nie posiadal ich wcale, uzupelniali sie i byli szczesliwi, jednak tory urwaly sie, nie wiedzieli co robic dalej, mieli dzinsowe ubrania, w swietle reflektoroow pociagu bylo to widac wyraznie, roownie wyraznie co krew...
---
119
przytuptali, nagie uda pokryly sie tylko niewyraznie wilgocia, przepraszam, i brak glosu ulicy, i nie ma tlumoow, efektoow, blizniacze policzki cedza sie przez sitko lustra...nie..zle...troche w lewo...bardziej metafizycznie...i glosniej, skrzypiaco przypominajace wiosenne fiolki drzwi, kilka uderzen w podloge, slady sniegu na podlodze, obite lokcie kolana. wewnatrz serce...
---
 
 
 
strona główna | okienko